Blog o życiu wewnętrznym

sobota, 29 sierpnia 2026

Zamierzam pozostać przy tym świecie z zabawy.


Psychiatra próbował mi kiedyś powiedzieć, że moja nieustanna potrzeba regulacji tworzeniem, to hedonizm (w negatywnym znaczeniu). Widocznie sformułowałem to w sposób, który tak brzmiał.

Chcę tu (na świecie) tylko móc być i robić miłe. Czy coś takiego. Nadal nie wiem, gdzie problem.


Czy samoregulacja zajmowaniem się tworzeniem tego, do czego odczuwa się miłość, to w tym przypadku zbędny hedonizm czy coś co powinno być postawowym prawem człowieka do dobrostanu, którego z jakiegoś powodu większość odmówiła jako prawa?


Pewnie lepiej zaakceptować swoją rolę życia w ciągłym zagrożeniu, prawda? Rolę mierności, poczucia braku zrozumienia, poczucia że wszstkie życiowe czynności wykonuje się właściwie średnio rozgarnięcie i nic nie ma przyszłości. Lepiej na pewno i zdrowiej, niż mieć oprócz tego stałą i konstruktywną potrzebę robienia własnych rzeczy, które lubi się trochę bardziej niż te, które wychodzą niezbyt kumato - bo spełniają swoją funkcję bycia obiektem lub sytuacją do patrzenia i odczucia, że jest się sensem tej sytuacji. Przynajmniej tak długo, jak ona trwa, lub interakcje z nią. Bardzo dziwne, że chce się mieć tych sytuacji które się w ogóle rozumie jak najwięcej, żeby w ogóle miały sens dni. /sarkazm


Prawdopodobnie chęć tworzenia następnych rzeczy to jedyny aspekt mnie, który sukcesywnie nie daje się popsuć i który efektywnie trzyma mnie przy życiu przez ostatnie 30 lat, ale co ja tam wiem.



Pamiętacie monolog Błotosmętka w czwartej części "Opowieści z Narnii"? 


"Przypuśćmy, że my naprawdę tylko wyśniliśmy albo wymyśliliśmy sobie te wszystkie rzeczy: drzewa i trawę, słońce i księżyc, gwiazdy i samego Aslana. Przypuśćmy, że tak jest. Ale jeśli tak, to mogę tylko powiedzieć, że te wymyślone rzeczy wydają mi się o wiele bardziej ważne niż tamte prawdziwe. Przypuśćmy, że ta wielka czarna dziura, twoje królestwo, JEST prawdziwym światem. No cóż, muszę wyznać, że to bardzo żałosny świat. (…) Jeśli masz rację, to jesteśmy tylko dziećmi, które sobie wymyśliły zabawę. Ale czworo bawiących się dzieci może stworzyć fantastyczny świat, który sprawia, że twój prawdziwy świat staje się pusty. Dlatego zamierzam pozostać przy tym świecie z zabawy. Jestem po stronie Aslana, nawet jeśli nie ma żadnego Aslana. Chcę żyć jak Narnijczyk, tak jak potrafię, nawet jeśli nie ma żadnej Narnii."





Błotosmętek to jedna z moich ulubionych tam postaci. Całą książkę mówi, że wyprawa nie ma szans i właściwie to wszystko zaraz szlak zaraz trafi, ale w tym momencie mówi To. I to jest jedna z bardzo bardzo trafiających do mnie myśli ostatnio. Mam wrażenie że coś podobnego kipi z tych dwóch wpisów dzisiejszych.


Nie mam na myśli religijnych podtekstów w Narnii, chodzi mi tym razem o zupełnie inną analogię.


Chcę żyć jak mieszkaniec internetu, nawet jeśli nie ma już żadnego internetu. 

Chcę żyć jak mieszkaniec swojego dzieciństwa, nawet jeśli nie ma już żadnego dzieciństwa.

Chcę żyć jak człowiek, nawet jeśli nie ma już żadnego człowieczeństwa.

Gal is mind.


I nie można mierzyć niżej.

Wyszedłem, aż nie było już do czego wracać.

 


[zdjęcie nasze prywatne, ja to ten po lewo]

Po szpitalu dwa lata temu miałem w planach piękny update, którego nie zrobiłem, a później właściwie przestałem udzielać się w internecie społecznym. Wyniknęło to z kilku rzeczy, na czele z rozwijającą się relacją z moim chłopakiem (w świecie rzeczywistym) i zmianami miejsc pobytu - pobyty online w jakimś sensie przestały się w tym mieścić w tym samym znaczeniu w jakim dotąd występowały, a to co zostało to obracanie się głównie między około-rodzinnym WhatsAppem i byciem odbiorcą na Instagramie czy innych portalach w ramach "newsów z świata" (proszę, wyłączcie to).

W mojej osi czasu są lata większej twórczości blogowej i lata bycia bardziej odbiorcą, ale nigdy chyba przeskok nie był tak gwałtowny i na dużą skalę. Najprościej można to opisać tak, że dość dużo mam poczucia, że po co mi to wszystko. Jednak jest to bardzo duże uproszczenie i nie mówi praktycznie nic, bo może znaczyć zarówno stany depresyjne jak i wręcz przeciwne, bycia nietypowo zadowolonym z życia; natomiast ja to wyrażenie piszę tu piszę celowo i to w jeszcze trzecim znaczeniu niż te obydwa razem wzięte - zrąbała mi się platforma do dzielenia się sobą i jej specyfika.

Życie to jest całkiem fajne jako sam zamysł, dobry deal jak się jednak żyje zamiast umrzeć w szpitalu (czas gratis), ale internet w którym bywałem, bardzo mocno się zdegenerował, szybciej niż ja zdążyłem się zregenerować. 

Wydaje mi się że istnieje jakaś dziura w przekazie ode mnie, którą teraz nie sposób załatać, ale zdaje się że dosłownie przegapiłem moment, kiedy jeszcze mogłem wrócić z tym samym mindsetem, z jakim wyszedłem ze szpitala, aż minęły cholerne dwa lata w których działałem głównie na żywo i właściwie to absencja z postowania i wycofanie z odpisywania było dość naturalną konsekwencją, a po czasie mam naprawdę dużo przemyśleń.


Stąd tytuł posta. Myślałem, że biorę chwilę wolnego na namysł, ale z każdym kolejnym miesiącem biernego obserwowania szczęka opadała mi coraz niżej. Mam teraz wrażenie, że czasy sprzed obrzęku mózgu to na dobrą sprawę równocześnie zupełny schyłek internetu, jaki znałem, internetu który teraz zdaje mi się wręcz analogowy, w znaczeniu tego jak nie był jeszcze przesycony generatywnym AI do stopnia uniemożliwiającego poczucie, że jest jeszcze po co w ogóle szukać tutaj realistycznej kariery graficznej, ufać temu co się widzi czy przeglądać rzeczy (i mówię to jako osoba która sama swego czasu początkowo bardzo zafascynowała się AI upscalowaniem starych grafik w ramach ich rekonstrukcji, ale po prostu nie sądziłem, że za kilka miesięcy do tego stopnia będzie służyć do robienia gówna, którego nikt nie zrobił i które zaleje mi cały feed, zamiast po prostu nim dopełniać coś co już raz istniało i w czym nie ma pola na pomysły; teraz już nawet to upscalowanie mi się wydaje trochę cuchnące, mimo, że cenię rzeczy jakie dało się zrobić w nim - paradoksalnie kiedy po kolejnych miesiącach zorientowałem się że teraz mogłoby robić to wszystko automatycznie po krotkiej sugestii jak na wygladać, a nie tylko mi pomóc w tym żeby print w gyaru kwiatki miał 3000 pikseli a nie 1000, wystraszyłem się i nie wiem teraz co dalej z nowymi starymi printami i czy robić ich więcej).


Sieci internetowej www zawdzięczam bardzo dużo, właściwie można powiedzieć że większość moich ważnych wydarzeń życiowych drugiej połowy mojego życia to już życie w jakimś stopniu jako twórca online i wynikające z tego dalej wydarzenia, relacje lub ich brak.


Mojego obecnego chłopaka nie znałbym dosłownie, gdybym nie zaczął pisać o autyzmie i mieć tej w jakimś sensie stabilnej obecności online. Tak samo praktycznie każdego z licznych dalekich i nielicznych bliższych znajomych.


Kiedy szuka się osób z podobnymi doświadczeniami, często jedyną płaszczyzną otwartego zaproszenia jaką można ustanowić, jest oversharing samych siebie, po to żeby za pomocą tego miernika zbierać reakcje zarówno pozytywne jak i negatywne. Co kilka lat bierze mnie na taki okres testowy, wystawienia siebie na widok publiczny, a potem coś go przerywa - fokusuje się na mniejszym gronie / innym projekcie / zaczynam reconsiderować to co właściwie warto pisać a czego nie - można powiedzieć że wtedy coś już się wydarzyło i chwilowo nie mogę nadal pisać w próżnię, bo robię właśnie to wszystko, po co było to pisanie w próżnię. Gdybym zawsze miał tyle samo czasu na pisanie publiczne, znaczyło by to chyba że nic jeszcze tego cyklu na chwilę nie złamało i nie dało mi żadnych rzeczy będących na tyle wyzwaniem że trzeba zamknąć ryj.



Mam wrażenie że to, że niezbyt obecnie bloguję czy postuje na różnych platformach niczemu w dotychczasowym sensie postowania nie ujmuje, wręcz świadczy o tym, że to że to robiłem było na tyle ważne, że zdążyło mnie z tego internetu w porę zabrać w preferowane towarzystwo, nawet/zwłaszcza jeśli jest ono w przeważającej mierze jednoosobowe + nowa rodzina. W porę - chwalcie łąki umajone że obecnie nie przychodzi mi dopiero być małym i szukać rodziny w stogu siana, bo serio, nie podoba mi się na większości społecznościowych aplikacji w tej chwili, nerwowo niekompatybilne to to. 


Do tego mógłby się sprowadzić ten wpis - nie wiem, czy odbiorców, którzy są tu grupą docelową, on usatysfakcjonuje. W końcu nie każdy ma ten przywilej mieć gdzie być, z kim, kiedy, w taki sposób w jaki by lubił, gdzie indziej niż online. No i tak poza tym, trochę szkoda tego wszystkiego mi, że ucieka, bo wraz z moją obecnością uciekają też mi inni.



Degradacja jakości tego, do czego służy internet boli szczególnie osoby, dla których internet był safe space komunikacji w opozycji do interakcji na żywo (osoby komunikujące się klawiaturą i obrazami). Odebranie internetowi publicznemu wartości artystycznej i intelektualnej i jakości wymieniania się informacją samą w sobie (degradacja zarówno tego co jest informacją jak i na ile masz możliwość faktycznie widzieć tylko to co cię interesuje) to jak wejście do czyjegoś pokoju wyciszeń i zrobienie tam głośno, ale bez szans, że jak się z niego wyjdzie to będzie łatwiej, bo nie ma już dokąd wyjść. To był właśnie ten pokój. Algorytmy "na pewno interesuje cię to, co czego byś nie chciał widzieć" stoją tam na środku słuchając hałaśliwej muzyki (tej, której nie lubisz, wstaw dowolną).


Żeby mieć na żywo na codzień więcej znajomych w interakcji niż 1 (mój chłopak), musiałbym magicznie zacząć preferować spotkania na żywo jako główną drogę socjalizacji ZA KAŻDYM RAZEM, a wiadomo, że tak się nie stanie, zwłaszcza często w więcej osób (przebodźcowują mnie).


Skala działalności jest nieporównywalna. Internet jest jedynym medium, w jakim kiedykolwiek byłem w stanie "mówić do tłumu" w wymiarze dosłownie tłumu i w którym odpowiedzi tego tłumu mogłem w jakikolwiek sposób zrozumieć.


Potencjalnie (i w praktyce) bojkotując internet więc świadomie odcinam się od sporej części osób, które są dla mnie ważne, i rzeczy, jakie sam zainicjowałem społecznie, tylko dlatego, że przeznaczanie czasu na internet mi śmierdzi i udaję że część jego funkcji nie istnieje. 

->> W ten sposób problem ten nie ma właściwie rozwiązania innego niż mniejsze lub większe zło.


Zostawienie znajomych w zawieszeniu i dbałość o swój własny układ nerwowy dni powszednich to jedno z rozwiązań, ale nadal jest dość mocno wyborem, który nie satysfakcjonuje do końca, bo wie się, że jeśli zbyt silnie popraktykuje się to olewanie, to nigdzie się już ich nigdy nie spotka. Nigdy. Niemalże jakby to samo, co wcześniej było błogosławieństwem internetu, duchami osób na zawsze razem, w obecnym balansie sił brzmiało jak przekleństwo, rodzaj klątwy która na zawsze przybija do ekranów, gdy żadna aplikacja komunikacyjna nie spełnia już standardów "czucia się w porządku", ale musisz z nich korzystać, bo kiedyś zacząłeś i tylko one są w stanie połączyć cię z ludźmi.


W marzeniach chciałbym móc po prostu zajmować z wszystkimi dotychczasowymi znajomymi z internetu jeden blok, żeby byli blisko, ale żebym mógł czasem przyjść do jednego a czasem do drugiego. W praktyce nie wytrzymuję nawet rozmowy z dwoma zamiast z jednym na raz. Tzn. wykonam, ale odchoruję tak, że naprawdę, naprawdę to nie to samo co wszystkie grupy jakie miałem w internecie, i to nie jest chyba kwestia oswajania się (chyba po tylu latach takiego samego mózgu wolno mi to mówić).



Co słychać u Franka?


Jak na razie w prawdziwym bloku jest mi strasznie trudno, bo wiedzenie z kim chce się być (z moim partnerem) to właściwie jedyne co mogę poczuć jako odhaczone z poczucia życiowej ogarniętości. Właściwie cały ten zwrot akcji mieszkania poza domem rodzinnym sprawił mi sensoryczne okropieństwa beyond comprehension i nadal nikt nie odpowie nam obu, jak mieć porządek albo zjeść obiad jednocześnie nie czując że limit rzeczy na dany dzień został już wyczerpany, ale mamy przynajmniej wspólne special interesty i projekty artystyczne. Feel like so.


Bardzo dużo miłość.


Poczucie niepełnosprawności i osamotnienia w tym na codzień (w dwóch, bo żaden nie jest bardziej sprawny i nadal cała sytuacja nie dosięgnie wykonawczej normy) to zawsze generator odczucia, że albo powinienem rozpętać na ten temat solidną serię postów, albo przestać postować wcale. Serio, mimo całego internetu autystycznych osób, mimo posiadania znajomych też w spektrum, autyzm tak bardzo autyzmowi nierówny, że zawsze mam wrażenie że nam obu trafił się jakiś wymagający większego wsparcia niż to o jakim zazwyczaj się pisze w przypadku osób zdolnych do mówienia same o sobie. Jako 30latek czuję taką przepaść doświadczeń z większością osób w podobnym do naszego wieku, że im jestem starszy tym bardziej mam wrażenie że należałoby cofnąć mnie i mojego chłopaka do jakiegoś rodzaju alternatywnego uniwersum przedszkola dla dorosłych i przestać szukać połączeń z rówieśnikami online, bo chcąc nie chąc ta przepaść się pogłębia z każdym dniem czucia się, że powinno się być w przedszkolu. 


Tak więc w momentach, kiedy nie jestem czymś zajęty i nie walczę o przetrwanie, naprawdę jeszcze bardziej potrzebuje... przestać udowadniać że istnieję, po prostu nie zawracać sobie tym głowy, nie pozycjonować siebie. Jest to emocjonalnie i wykonawczo jeden z dość ważnych składników "dlaczego pisanie nie zawsze opłacało się MI".


Zazwyczaj przychodziłem z tego mojego przedszkola i pisałem do ludzi, żeby czytali co myślę. Ale postawcie się w moich butach - czy to jest bardziej dające zabawę, niż samo bycie w przedszkolu? No właśnie. Jakbyś musiał codziennie przedstawiać się innym, w internecie jaki właśnie przestał ci się podobać, jako UFO, i tłumaczyć że nie skorzystasz / nie zrobisz rzeczy tak samo jak oni, ale właściwie cała akcja była by dość niemająca większego znaczenia dla kogokolwiek poza tobą (ale to ty dzwonisz!) i de facto kończąca się tym że sobie idziesz z powrotem się bawić, też by ci się odechciało w którymś momencie, miałem tego typu przemyślenia jeszcze w dawnych czasach. Trzeba mieć trochę czasu na bycie w miejscach, w których jest się zrozumianym i jest to dane jako warunek startowy, a nie ciągle takie przychodzenie i mówienie, że właściwie to wszystko jest skomplikowane i wymaga tłumaczenia przez kilkanaście stron dlaczego coś robię tak, a coś inaczej.


Dużo miłość.


Patrząc na to od tej strony fakt, że po sytuacjach kilkukrotnego zagrożenia życia znalazłem się w relacji z osobą, której zrozumienie o co mi chodzi jest właśnie warunkiem startowym, a nie czymś o co trzeba dopiero walczyć, brzmi jak dość duże przesunięcie punktu ciężkości tego z czego składa się dzień.


Przez to że kontrast zwiększył się po obu stronach (rzeczywistość plasowała się jako bardziej rozumiejąca, a social media zbrzydły), tygodniami - wyszło jak wyszło.


Nawet mimo wszelkich niedogodności wtórnych i problemów obydwu z nas, ta jakość jako bazowa jest czymś co właściwie mówi mi że jeśli będę teraz coś robił w internecie, to dlatego, że "mogę" a nie dlatego że "muszę" (z potrzeby godności, udowodnienia komuś obcemu, że jestem człowiekiem). Wydaje mi się swoją drogą, że nie ma już po co udawadniać w internecie że jest się człowiekiem.





W roku 2024 znalazłem się w szpitalu, miałem obrzęk mózgu a potem jeszcze kilka tygodni z bakteriami zakaźnymi i gorączkami raz po raz. Sytuacja początkowo właściwie nie rokowała tego, że tą sytuację mózgową przeżyję. Jest jednak inaczej i dostałem dodatkowy rozdział życia na ziemi bo tak.



Zanim jednak się skalibrowałem w tym nowym rozdziale, świat sukcesywnie eksplodował. Te wszystkie realne rzeczy jakie się dzieją i jakie zalewają mój feed, wojny, miliarderzy i ich impreza, centra danych, wyzysk i kolejne klasowe i kolonialne podziały tylko tym razem w imię technologii, eskalacja nienawiści i gróźb karalnych w komentarzach podsycana konfliktami zbrojnymi, jakby wtedy już to wszystko było znormalizowane, ogólne cofanie się w rozwoju cywilizacji i zupa z chaotycznego niepokojącego syfu zamiast faktycznych połączeń z ludźmi [wyświetlanie większości postów od osób których nawet nie obserwuję, ale zostały mi podstawione przez algorytm jako ragebait tylko dlatego że dużo osób też emocjonują i generują komentarze] i degeneracja ogólna tego co się dzieje przerosła na tyle ludzkie pojęcie że żeby nadal mieć styczność z czymkolwiek przez co się scrolluje, trzeba mieć jaja ze stali albo być mocno najebanym, a ja nawet nie mam telewizji (a może właśnie to po mnie widać? nie zahartowany). Większość funkcjonująca nadal jak widzę, jest mocno najebana, albo po prostu ma dystans i robi swoje (idzie oglądać tańczące tiktoki i zapomina), ja nie umiem się tam emocjonalnie odciąć po określonych treściach. Brak legalnej możliwości odsiewu tego, czego nie chce się widzieć bo jest pożywką dla OCD i wszystkich schorzeń psychicznych, to jedna z najgorszych opcji aplikacji gdzie jednocześnie ma się wszystko co się lubi / jedyny kontakt ze znajomymi z innych miast i państw.


Kiedy tylko próbujesz być świadomy tego, jak obecnie jest z rzeczywistością, automatycznie dostajesz jeszcze większych lęków, jednocześnie bycie zupełnie nieświadomym też brzmi jak jakiś rodzaj zbrodni niewiedzy. Czasem jednak czuję że potrzebuję wersji internetu family friendly. 


Takiego, gdzie można naprawdę obserwować 100 innych osób które mentalnie są 30latkami w przedszkolu i dostać posty TYLKO od tych osób, z wykluczeniem reklam i kontentu dorosły+ przemoc+, nawet jeśli to eskapizm. POTRZEBUJEMY GO! Miejsce tego typu eskapizmu dosłownie ratuje życia, daje sens przetrwania online.


Literalnie kto z własnej woli chce mieć styczność z gównem? Nikt z nas nie jest tu nawet z własnej woli, jesteśmy w internecie, jaki jest teraz, bo wyrośliśmy w internecie, gdzie było nam trochę łatwiej niż w szkole, i zostaliśmy z nostalgii, ale już ani nasz feed nie jest nasz, ani nasza sztuka nie jest nasza, a tkwimy w tych samych apkach, bo są tam inni niezadowoleni z nich ludzie, z którymi czujemy wspólne poglądy raz na jakiś czas.


Czasami naprawdę chciałbym gatekeepować internet w znaczeniu, że żeby tam zaistnieć, trzeba było by wieszać własną stronę, i ktokolwiek kto nie umiałby nic mającego sens publikacji samemu napisać w HTML na klawiaturze albo narysować w paincie, nie miałby co tam powiesić, co automatycznie odsiało by część osób i poszliby gdzie indziej z braku umiejętności posadzenia przez wystarczająco długi czas dupy (przy komputerze, takim co się siedzi na siedząco).


Chciałbym móc pisać w miejscu gdzie wszystko nie gra i nie buczy i nie odświeża się co chwilę pokazując post, którego nie miałem wcale ochoty widzieć, baitując mnie żebym wszedł z nim w interakcję i zapomniał o tym, że wszedłem tu tylko napisać do koleżanki. Konstrukty działania Facebooka i IG są zbrodnią na AuDHD ludziach zdecydowanie i uważam że ta kwestia powinna być w ogóle gdzieś bardziej dyskutowana. Jak zwykle obrywa się najbardziej tym, którzy i tak średnio pamiętają, co się dzieje, jak zwykle nie chodzi nigdzie o to, żeby ktokolwiek był zdrowszy, tylko bardziej chory, bardziej uzależniony i bardziej skołowany.


Time for masowe pogorszenie stanu zdrowia psychicznego ludzi którzy i tak mieli pod górkę. ✨ Za pomocą świata online, który miał być ich safe space.


Tymczasem strony takie zostają ostatnim szerokim broadcastem do całej reszty społeczeństwa która już jest skołowana, i żeby nie pozostać zupełnie anonimowym, powinienem wszelkie rzeczy jakie robię promować gdzieś chociaż, a gdzie indziej, niż na jakimś FB. Nie chce mi się. Wymaga to zasobów, jakich nie mam. Brzmi z jakiegoś powodu, jakbym jako osoba z fobią bakterii miał z wyboru jeździć szambiarką, mimo posiadania wolnej woli i dogodniejszej innej opcji.


Przez dwa lata wybierałem inną opcję. Tournee szambiarką czas zacząć.


Czuję się post apo i jak pajac.


Wieczny odpoczynek racz mi dać panie

 



a światłość wiekuista niechaj nam świeci.


Żyjemy.




[Wpis z sierpnia 2024]

[Napisany w sierpniu 2024]


Przez ostatnie dwa miesiące [czerwiec - lipiec 2024] w moim życiu wydarzyło się wszystko i jeszcze więcej. Trudno mi to nawet ująć w słowa. Przede wszystkim kilka razy zmierzałem do śmierci, a powikłania są ze mną po dziś dzień. Uczyłem się od nowa chwytać, wstawać, chodzić, widzieć. Nie miałem świadomości. Nie pamiętałem kim jestem i po co. Kiedy ratowano mi kolejną upadającą funkcję ciała, psuto kolejną, którą musiano naprawiać przez kolejne tygodnie, zaburzając pracę kolejnych układów. Czasem wydawało mi się że jest to już spirala bez końca, a leków nie można już było podać żadnym kanałem ciała bez znacznego uszczerbku na zdrowiu. Trudno było oszacować kiedy wyjdę ze szpitala - kiedy udawało mi się z niego wyjść np. na jeden dzień lub trzy (dwa razy miało miejsce właśnie takie wyjście), dostawałem kolejnego powikłania i musiałem natychmiastowo wrócić. Ostatecznie leżałem już na zakaźnym. Zakażenia wewnątrzszpitalne zdawały się mnie wykańczać. Mam więcej chorób, niż osoba w podeszłym wieku. Myślę, że przeżyłem więcej żyć, niż niejedna osoba. I chociaż choruję i szpitaluję regularnie CAŁE ŻYCIE - nigdy jeszcze nie trafił mnie aż tak dramatyczny maraton, z którego zostały mi perspektywy kolejnych operacji i rzeczy, jakie będę leczyć na stałe (a nie były nawet głównymi schorzeniami, z jakimi znalazłem się w szpitalu).


Czuję się świetnie. Dlaczego czuję się świetnie? Bo nie jestem w tym sam. I to jest myśl tak duża, tak wielka w moim życiu, że odkąd tak się czuję, chciałbym o tym mówić w kółko. 

Nie czuję się sam z sobą samym już od kilku lat. Wszystkie te lawiny, zapoczątkowane byciem online od 15 lat, finalnie musiały do tego doprowadzić. "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" - wydaje mi się że ten okres szpitalny był finalnym filtrem, który uzmysłowił mi znaczenie tego powiedzenia. Grupa przyjaciół, jakim najpierw jednym palcem relacjonowałem że żyje, a potem, w okresach zaleczania kolejnych napływających dolegliwości, zaczynałem długotrwałe posiedzenia (potem już do bardzo późnych godzin) i rozmowy na naprawdę rozległe tematy, zdefiniowała mój szpital.

Żyję głównie umysłem. Żeby zrobić mi realną krzywdę, trzeba było by mnie zabić. A to się jeszcze nikomu nie udało, nawet NFZtowi.

Gdyby nie ten wymiar umysłowy - który nie ograniczał się do faktów na temat mojego stanu zdrowia, a całego przekroju wspólnych zainteresowań i rzeczy, jakie mogły zapełnić czas tak by stał się pełnoprawnym dniem - moje zdrowie psychiczne było by katastrofalne, zwłaszcza, że ze względów bezpieczeństwa zostałem całkowicie i bez przygotowania zdjęty z branych przeze mnie leków antydepresyjnych i przeciwpsychotycznych których łączenie z stanem aktualnym mogło zagrażać życiu. Gdyby to był ciężki moment... ciężki moment, tak... to nie wytrzymałbym tego psychiką. Tymczasem mogłem po prostu odnotowywać fizjologiczne objawy jak drgawki i koszmary, nadal wracając z każdym wybudzeniem do bezpiecznej przestrzeni, gdzie zawsze ktoś czekał. 

Gdyby to był ciężki moment... mówiłem wam kiedyś że mam dystans do własnej depresji. Po tylu latach, czasem to moje ciało ma depresję, nie ja. Tak samo, moje ciało ma choroby, nie ja. Moje ciało wymagało mycia na leżąco, sikania na basen, kroplówek całe tygodnie. Ja leciałem daleko, w odległe kosmosy. Żeby zrobić mi realną krzywdę, trzeba było by mnie zabić. A nawet to nie jest ostateczną granicą.


W pewnym okresie całego tego rejsu relacja z jednym z przyjaciół wyeskalowała na nieuzewnętrzniony wcześniej poziom otwartości i bliskości. Myślę że skrajność doświadczeń wyjmuje z ludzi na wierzch rzeczy, jakie były tam od wielu lat, ale nigdy nie zostały postawione pod ścianą. Dobrze jest być odmaskowanym autystą. Dobrze w ogóle być autystą. Dobrze jest być człowiekiem. Dobrze jest być człowiekiem wrażliwym i śmiałym. Dobrze zdążyć.


Obrazek w nagłówku posta oczywiście przedstawiać miał umownie obecny moment. A światłość wiekuista niechaj nam świeci. Nawet wyglądają tak jak trzeba, tylko nie mam już krótkich włosów, odkąd urosły w szpitalu postanowiłem je zapuszczać. Rany niech będą metaforą.


[Oryginalnie obrazek jest autorstwa upthehillart i przedstawia fanowskie wyobrażenie młodych Syriusza i Lupina z Harrego Pottera. Znaczenie kontekstowe i charakterologiczne postaci, nie było moim zamierzeniem - po prostu wydał mi się to obrazek najdosłowniej wyrażający odczucie a także pasujący wizualnie, czego obaj byliśmy pod wrażeniem.]


Były różne metafory szpitalne. W ogóle ten okres jedną wielką metaforą i alegorią dla mnie jedzie. To mój sposób, na radzenie sobie z sytuacjami trudnymi obiektywnie. Znaleźć do tego nawiązanie, potem kolejne nawiązanie, żart z kolejnej medycznej głupoty, piosenkę która pasuje i z niej 10 memów. Oto ja. Kompatybilność zachodzi wtedy kiedy można się w tym wzajemnie nakręcać, dokładając kolejne warstwy, takie już zupełnie nieszpitalne i subiektywne do granic możliwości. Śmiesznie było by przedstawić wam uniwersum nawiązaniowe, jakie się z tego stworzyło, ale doskonale wiem, że w swojej zawiłości i personalności jest jedną z najprywatniejszych rzeczy, a robienie z tego książki publicznej, było by złamaniem granicy.




[Allegory, Allegorier, Allegoriest - piosenka z serialu Rewolucjonistka Utena. Serial ten jest górą lodową psychologicznych i surrealistycznych alegorii, a piosenka jest jedną z finalnych. Wielokrotne i nierzeczywiste znaczenia mnożą się i w fabule, i w wizualnościach, i w ścieżce dźwiękowej - za którą odpowiada J. A. Seazar. Autorem całego anime jest Kunihiko Ikuhara, któremu należy się honorowa nagroda człowieka, co rozumuje. Przez jego zabiegi właśnie ALEGORYCZNE jest to jedna z moich ulubionych rzeczy. A także jeden z wielu tematów, poruszanych w szpitalu krótko po moim odzyskaniu przytomności. Na obrazku ważne geje, to ich piosenka przewodnia.]


Czasem czułem się jak pod Górą Przeznaczenia. Znacie te sceny z Władcy Pierścieni, gdzie Frodo wygląda, jakby miał zwymiotować w każdej chwili? Przenośnie, ale także całkiem dosłownie i fizycznie, to właśnie ja przez większość tych tygodni - cyklicznie co kilka dni, gdy było gorzej. 


" - Pamięta pan smak truskawek? 

- Nie, Samie. Nie pamiętam smaku potraw ani szumu wody, ani dotyku trawy. Jestem nagi w ciemnościach. "


Wydaje mi się że w którymś momencie po prostu niósł mnie na plecach, podczas gdy reszta drużyny nadal była obecna, ale w własnej części fabuły.



To nie jest aż tak dobre porównanie, bo skończyło się trochę tak, jakby pierścień nie został nigdy do końca zniszczony. Przez moje bycie nosicielem do końca życia, trochę tak to brzmi (nie martwcie się, wolno mnie będzie widzieć jak odżyję, nie macie kontaktu z zawartością mojego ciała bezpośrednio, ostatnie czego bym chciał, to ostateczne uprzedzenie do mojej osoby). Rana po Wichrowym Czubie nie zagoi się nigdy. Łatwiej mi pisać w ten sposób, niż wprost.



[Ja i NFZ wciskający mi zakażenie igłą.]


Klątwa. Wydaje mi się że moje problemy fizyczne, wyprzedzają psychiczne o lata świetlne. 


Dlatego zamierzam pisać bloga o czuciu się dobrze. O pięknych rzeczach, jakie odczuwam.




[Ja wyrzucony na brzeg.]


Po powrocie ze szpitala dostałem od cioci dwie rzeczy. Jeża-geja oraz kurtkę "Niezwyciężony i Bezbożny, ze Wszystkich Stron i Wszystkich Stron". To co piszę to oczywiście tłumaczenie automatyczne znaków przez Tłumacz Google, ale wydaje mi się najtrafniejszym podsumowaniem sytuacji, jakie mogło się znaleźć.



Chciałbym być zawsze Niezwyciężony i Bezbożny. W myślach podmieniam tekst tej piosenki na to.


środa, 21 lutego 2024

Prawdziwe Kinmokusei było dawno w tobie.



Szukasz zapachu który cię ukoronuje. Niezwykłego i owianego tajemnicą. Szukasz go przez lata i czekasz aż będziesz mógł go powąchać.

Wreszcie docierasz do zapachu i trzymasz go w rękach, i wtedy okazuje się że pachnie...

Jak to z czym się identyfikowałeś przez te wszystkie lata, kiedy nawet jeszcze nie wiedziałeś, że będziesz go szukać.


Jeśli jesteście na moim blogu od początku lub też ogólnie "złapaliście" o co chodzi z nazwą Sailor Starbreaker, możecie wiedzieć już, o czym będzie ten wpis. Dla tych, dla których i moja nazwa bloga i tytuł wpisu pozostają niewyjaśnionym nawiązaniem - kilka słów wstępu.

Moja nazwa jest analogią do nazw Trzech Gwiazd z mangi i anime Czarodziejka z Księżyca. Obecne tam postaci: Sailor Starfighter, Sailor Starmaker oraz Sailor Starhealer; w moim umyśle dokonały fuzji z nazwą piosenki zespołu Judas Priest: Starbreaker, i stąd wziął się Sailor Starbreaker.





Obydwie te rzeczy (Czarodziejka z Księżyca i Judas Priest) to jedne z moich ulubionych.











W fabule zarówno komiksu, serialu jak i musicali (które uwielbiam!) Trzy Gwiazdy pochodzą z planety Kinmokusei, a na Ziemi pojawiły się w poszukiwaniu ich zaginionej księżniczki: Kakyuu.



Kinmokusei to przede wszystkim nie tylko nazwa planety, ale nazwa rośliny - kwitnącego drzewa osmantusa, zwanego też po polsku wończą. W Japonii ta gra słów ma sens fonetycznie przez część słowa "sei" którą stosuje się też w nazwach ciał niebieskich, jednak jest to inny znak kanji. Natomiast do samej rośliny nawiązuje sam wygląd księżniczki Kakyuu - ozdoby w jej włosach przedstawiają właśnie kwiat kinmokusei, a w wersji czarodziejki trzyma gałązkę tych kwiatów w dłoni.






Piosenki w musicalach, śpiewane przez Trzy Gwiazdy miejscami zahaczają mocno o temat zapachu - tak też dosłownie śpiewają, że poszukują ZAPACHU - kwiatowa księżniczka symbolizująca zapach jest jednocześnie ostatnią pozostałością ich planety, można więc założyć że ten zapach można zrównać z bardzo wielką kwestią powrotu do domu czy w ogóle odzyskania siebie (do tej myśli zaraz wrócę).





Finalnie księżniczka odnajduje się w kadzielniczce, co mi się bardzo podobało i nadal - obracamy się w sferze węchowej, nie mówiąc już o powracającym w moim kontekście temacie kadzidła.



Naturalnym jest że to, jak faktycznie pachnie kinmokusei bardzo mnie interesowało, a z braku możliwości wyjazdu do Japonii szukałem substacji kinmokusejowych, które by mogły mi to substytuować.

Wydawało mi się, że nie znając tego zapachu pomijam bardzo ważną część fabuły - bo jak myśleć o tym, jak japończycy widzą zapach kinmokusei, nie wąchawszy go nigdy? Nawet jeśli zapach kinmokusei to metafora, ja i tak chciałem znać go dosłownie.



Pierwszą substancją kinmokusejową były u mnie perfumy stałe z Szanghaju. Było to jedyne, co mogłem zdobyć, a ponieważ na okładce miało osmantus, zakupiłem je.

Zapach okazał się być kompozycją osmantusa, peonii i róży, więc wiedziałem, że choć jest ładny, chybiłem - to nadal nie to samo.


Marzenie o kinmokusei pozostało, aż do czasu gdy Emi (Youtube: Ja Ci Dam Japonia, Sklep: Wabi Sabi Store) wprowadziła do swojego sklepu perfumowany krem mający być 1:1 jak kinmokusei. Zamawianie niektórych rzeczy nadal jest dla mnie barierą finansową ale w pewnym momencie już pomyślałem "teraz albo nigdy" i dokonałem zakupu. Był to jeden z kilku zakupów pod kątem spełniania marzeń - tegoroczna zima była obfita w esencjonalne starbreakerowe fanty.









W jednym miesiącu zbiegły mi się figurki, kadzielniczka (prezenty na święta od mamy i cioci), płyta Sagittarius, perfumowany krem (jedno i drugie zdobyte z Japonii), nowe wydanie mangi Sailor Moon i pojawienie się w internecie nowego filmu Cosmos. Trochę tak, jakby wszystkie te rzeczy w przeciągu kilkunastu dni były na jeden temat, i to tak wielozmysłowo - węchowo, słuchowo, wizualnie.

Na zdjęciach widzicie też gwiazdkę z koralików robioną przez moją koleżankę Kornelię. Gwiazdkę tą dostałem dawniej, niż resztę rzeczy na zdjęciu, ale teraz, gdy zrobiło się ich więcej, razem leżą w nowym "pudełku starlightowym".









Moje screeny z nowego filmu.

Opowiem coś o mojej płycie. Sagittarius to rewia z Takarazuki z 1994 roku. Jest to moja ulubiona rewia. Po pierwsze przez to, że jest jedną z pierwszych jakie udało mi się obejrzeć, w niskiej jakości zgrywanej z VHSu. Ale przede wszystkim faktycznie przypieczętowała chęć interesowania się Takarazuką - ponieważ oscyluje wokół tematu kosmosu i tego szczególnego nastroju będącego pograniczem aniołów i błyszczących gwiazdozbiorów. Dokładnie tego samego nastroju, jaki dają mi Starlights i Sailor Moon.

Płyta to właśnie piosenki z tej rewii, w lepszej jakości.









Źródło zdjęć: moje skany i screeny, bardzo było to dla mnie ważne zeskanować to.


Autorka Sailor Moon, Naoko Takeuchi jest fanką Takarazuki i styl z rewii widać w postaciach Sailorek a w szczególności Starlights. W ich przypadku jest to jeszcze obecne w tym, że odgrywają one męską rolę na Ziemi, jednocześnie będąc senshi, a więc osobami afab.

Związki Sailor Moon i Takarazuki są obecne w kilku innych momentach - Naoko przedstawia w notatkach Sailor Uran i Neptun jako występujące w Takarazuce (ten pomysł nigdy jednak nie znalazł faktycznego przedstawienia w serii tj. nie pojawił się nigdzie poza komentarzami do szkiców - ale ich rola jako archetypu otokoyaku i musumeyaku jest wyraźna).



W anime natomiast Rei przedstawiona jest jako posiadająca magazyny z zdjęciami aktorek z Takarazuki. 





Źródło screenów i szkiców wyżej: https://shiningmoon.com.pl/

Pojawienie się Starlights można widzieć jako pociągnięcie pomysłu z senshi-otokoyaku jeszcze dalej, niż w przypadku Urana - tym razem nie tylko prezentują się męsko, ale dosłownie odgrywają taką rolę społecznie.




W musicalach Sailor Moon role Starlights odpowiednio powierza się kobietom, współcześnie także dosłownie aktorkom z Takarazuki, przechodząc do musicalu gdzie wszystkie role są już kobiece - jest to zgodne z wolą autorki.

Biorąc te kilka szczegółów pod uwagę a następnie patrząc na kostiumy przykładowo właśnie z Sagittariusa można więc założyć, że to, co w latach 80 i 90 prezentowała sobą Takarazuka mogło wpłynąć na pewną warstwę designu i rozumienia postaci Sailor Moon. Co prawda Sagittarius z mojej płyty akurat miał swoją premierę już po premierze Sailor Moon jako takiej - ale jeszcze kilka lat przed pojawieniem się łuku fabularnego Stars. Pamiętajmy jednak że nie jest on jedyną rewią prezentującą ten styl wizualny - na przykład te opaski na czoło są wręcz sztandarowym akcesorium w strojach z rewii. Trudno więc upatrywać tu jednej rewii która mogła wpłynąć na Naoko, bo było ich naprawdę dużo. Do tej pory niektóre zabiegi wizualne są tam takie same - Takarazuka ma swój konkretny styl, który kontynuowany jest przez lata.







Żródło zdjęć: zeskanowane przeze mnie.


Zwróćcie uwagę: kosmiczny wygląd Starlights nawiązuje do rewiowego stroju z opaską, ale jednocześnie ziemski wygląd Starlights nawiązuje do tego garniturowego wyglądu, jaki otokoyaku najczęściej w przedstawieniach przybiera.






Ja sam zostałem fanem Takarazuki dosłownie za sprawą Sailor Moon i powyższych nawiązań, więc w moim mózgu są to już klimaty sprzężone i nierozdzielne. Wydaje mi się, że można by zrobić o Starlightach całą rewię, i było by to bardzo na miejscu. Zresztą - napiszę jeszcze o Takarazuce cały wpis.

Jest to mój główny special interest w ostatnich kilku latach i dość mocno wpływa na różne aspekty mojego czucia, utrzymując nastrój i poczucie sensu, dlatego tym bardziej dużo mogę o tym napisać.


Jest to też interesujące, że niejako powróciłem do zupełnego rdzenia moich zainteresowań i tego, jak od genderqueerowych postaci z Sailor Moon zaczęła się moja samoidentyfikacja i szukanie jej. Wydaje mi się że w zainteresowaniu Takarazuką jestem w dobrej relacji z sobą ale też z taką pewną esencją siebie, na tyle na ile w ogóle można mówić o istnieniu i esencjach czegokolwiek.




Źródła zdjęć:

https://threelights.net/gallery/

https://kageki.hankyu.co.jp/

https://plaza.rakuten.co.jp/ojinami/diary/201209290000/


Nie leżało to wcale daleko od tego, co już zdążyłem lubić, przez co czuję się trochę, jakbym lubił to od zawsze, ale po prostu dopiero od kilku lat umiał to znaleźć i dostać. Pewne było, że będę to lubił, jeszcze zanim miałem jakikolwiek plik.


I teraz wrócę do tematu kinmokusei.




Krem od Emi jest wyjątkowy, ale jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że po powąchaniu jego zapach skojarzył mi się z... morelowym serkiem Bakuś.

Kto mnie zna, ten wie, jaką siłę ma to skojarzenie (uczyniłem z uniwersum bakusiowego mój special interest dawno temu, a Morelowy Pies był moim ulubionym bohaterem - avatarem).

Uważam, że ten wzruszający obrót sprawy bardzo dobrze odzwierciedla pewien fakt.

Nazwijmy to śmiechem losu, koincydencją mimo woli.

Niezależnie jak bardzo niezwykłe chcesz odkryć rzeczy, i tak wracasz do tego, co już masz w sobie i co było z tobą przez cały ten czas, gdy obmyślałeś co jeszcze uczyni cię pełnym tobą.

To taki truizm ale bardzo, bardzo mnie bawią takie sytuacje, gdy coś pozornie materialnego i przyziemnego jak zapach faktyczny zaczyna mówić do mnie tym filozoficznym znaczeniem i nie przez jakieś górnolotne nawiązania ale przez... ulubiony serek morelowy. Wtedy czuję się taki ha, ha, ha. Tak jakby cały mój nurt ostatnich kilku lat nie był dokładnie tym.





W jednym z poprzednich wpisów pisałem o remoncie pokoju i przenoszeniu się do takiego, w którym mieszkałem jak byłem mały. Wydaje mi się że proces ten też jest jak to kinmokusei i serek.
Tyle lat myślałem że coś jeszcze wymyślę, a najlepiej poczułem się rekonstruując otoczenie, które było dla mnie pierwszym jakie zapamiętałem. Naprawdę lepiej się czuję po tej rekonstrukcji. Polegało to na tym, że pokój, który kiedyś był beżowy, na powrót został wytapetowany tym samym kolorem i meble wstawione tak jak stały. Plot twist z serii nie twistujących w ogóle. Tak jak ten zapach.

Jestem Franek i lubię morele, brzoskwinie... i kinmokusei. Teraz mogę to już powiedzieć.



Większość rzeczy, które zmienią twoje życie, już poznałeś.