[zdjęcie nasze prywatne, ja to ten po lewo]
Po szpitalu dwa lata temu miałem w planach piękny update, którego nie zrobiłem, a później właściwie przestałem udzielać się w internecie społecznym. Wyniknęło to z kilku rzeczy, na czele z rozwijającą się relacją z moim chłopakiem (w świecie rzeczywistym) i zmianami miejsc pobytu - pobyty online w jakimś sensie przestały się w tym mieścić w tym samym znaczeniu w jakim dotąd występowały, a to co zostało to obracanie się głównie między około-rodzinnym WhatsAppem i byciem odbiorcą na Instagramie czy innych portalach w ramach "newsów z świata" (proszę, wyłączcie to).
W mojej osi czasu są lata większej twórczości blogowej i lata bycia bardziej odbiorcą, ale nigdy chyba przeskok nie był tak gwałtowny i na dużą skalę. Najprościej można to opisać tak, że dość dużo mam poczucia, że po co mi to wszystko. Jednak jest to bardzo duże uproszczenie i nie mówi praktycznie nic, bo może znaczyć zarówno stany depresyjne jak i wręcz przeciwne, bycia nietypowo zadowolonym z życia; natomiast ja to wyrażenie piszę tu piszę celowo i to w jeszcze trzecim znaczeniu niż te obydwa razem wzięte - zrąbała mi się platforma do dzielenia się sobą i jej specyfika.
Życie to jest całkiem fajne jako sam zamysł, dobry deal jak się jednak żyje zamiast umrzeć w szpitalu (czas gratis), ale internet w którym bywałem, bardzo mocno się zdegenerował, szybciej niż ja zdążyłem się zregenerować.
Wydaje mi się że istnieje jakaś dziura w przekazie ode mnie, którą teraz nie sposób załatać, ale zdaje się że dosłownie przegapiłem moment, kiedy jeszcze mogłem wrócić z tym samym mindsetem, z jakim wyszedłem ze szpitala, aż minęły cholerne dwa lata w których działałem głównie na żywo i właściwie to absencja z postowania i wycofanie z odpisywania było dość naturalną konsekwencją, a po czasie mam naprawdę dużo przemyśleń.
Stąd tytuł posta. Myślałem, że biorę chwilę wolnego na namysł, ale z każdym kolejnym miesiącem biernego obserwowania szczęka opadała mi coraz niżej. Mam teraz wrażenie, że czasy sprzed obrzęku mózgu to na dobrą sprawę równocześnie zupełny schyłek internetu, jaki znałem, internetu który teraz zdaje mi się wręcz analogowy, w znaczeniu tego jak nie był jeszcze przesycony generatywnym AI do stopnia uniemożliwiającego poczucie, że jest jeszcze po co w ogóle szukać tutaj realistycznej kariery graficznej, ufać temu co się widzi czy przeglądać rzeczy (i mówię to jako osoba która sama swego czasu początkowo bardzo zafascynowała się AI upscalowaniem starych grafik w ramach ich rekonstrukcji, ale po prostu nie sądziłem, że za kilka miesięcy do tego stopnia będzie służyć do robienia gówna, którego nikt nie zrobił i które zaleje mi cały feed, zamiast po prostu nim dopełniać coś co już raz istniało i w czym nie ma pola na pomysły; teraz już nawet to upscalowanie mi się wydaje trochę cuchnące, mimo, że cenię rzeczy jakie dało się zrobić w nim - paradoksalnie kiedy po kolejnych miesiącach zorientowałem się że teraz mogłoby robić to wszystko automatycznie po krotkiej sugestii jak na wygladać, a nie tylko mi pomóc w tym żeby print w gyaru kwiatki miał 3000 pikseli a nie 1000, wystraszyłem się i nie wiem teraz co dalej z nowymi starymi printami i czy robić ich więcej).
Sieci internetowej www zawdzięczam bardzo dużo, właściwie można powiedzieć że większość moich ważnych wydarzeń życiowych drugiej połowy mojego życia to już życie w jakimś stopniu jako twórca online i wynikające z tego dalej wydarzenia, relacje lub ich brak.
Mojego obecnego chłopaka nie znałbym dosłownie, gdybym nie zaczął pisać o autyzmie i mieć tej w jakimś sensie stabilnej obecności online. Tak samo praktycznie każdego z licznych dalekich i nielicznych bliższych znajomych.
Kiedy szuka się osób z podobnymi doświadczeniami, często jedyną płaszczyzną otwartego zaproszenia jaką można ustanowić, jest oversharing samych siebie, po to żeby za pomocą tego miernika zbierać reakcje zarówno pozytywne jak i negatywne. Co kilka lat bierze mnie na taki okres testowy, wystawienia siebie na widok publiczny, a potem coś go przerywa - fokusuje się na mniejszym gronie / innym projekcie / zaczynam reconsiderować to co właściwie warto pisać a czego nie - można powiedzieć że wtedy coś już się wydarzyło i chwilowo nie mogę nadal pisać w próżnię, bo robię właśnie to wszystko, po co było to pisanie w próżnię. Gdybym zawsze miał tyle samo czasu na pisanie publiczne, znaczyło by to chyba że nic jeszcze tego cyklu na chwilę nie złamało i nie dało mi żadnych rzeczy będących na tyle wyzwaniem że trzeba zamknąć ryj.

Mam wrażenie że to, że niezbyt obecnie bloguję czy postuje na różnych platformach niczemu w dotychczasowym sensie postowania nie ujmuje, wręcz świadczy o tym, że to że to robiłem było na tyle ważne, że zdążyło mnie z tego internetu w porę zabrać w preferowane towarzystwo, nawet/zwłaszcza jeśli jest ono w przeważającej mierze jednoosobowe + nowa rodzina. W porę - chwalcie łąki umajone że obecnie nie przychodzi mi dopiero być małym i szukać rodziny w stogu siana, bo serio, nie podoba mi się na większości społecznościowych aplikacji w tej chwili, nerwowo niekompatybilne to to.
Do tego mógłby się sprowadzić ten wpis - nie wiem, czy odbiorców, którzy są tu grupą docelową, on usatysfakcjonuje. W końcu nie każdy ma ten przywilej mieć gdzie być, z kim, kiedy, w taki sposób w jaki by lubił, gdzie indziej niż online. No i tak poza tym, trochę szkoda tego wszystkiego mi, że ucieka, bo wraz z moją obecnością uciekają też mi inni.
Degradacja jakości tego, do czego służy internet boli szczególnie osoby, dla których internet był safe space komunikacji w opozycji do interakcji na żywo (osoby komunikujące się klawiaturą i obrazami). Odebranie internetowi publicznemu wartości artystycznej i intelektualnej i jakości wymieniania się informacją samą w sobie (degradacja zarówno tego co jest informacją jak i na ile masz możliwość faktycznie widzieć tylko to co cię interesuje) to jak wejście do czyjegoś pokoju wyciszeń i zrobienie tam głośno, ale bez szans, że jak się z niego wyjdzie to będzie łatwiej, bo nie ma już dokąd wyjść. To był właśnie ten pokój. Algorytmy "na pewno interesuje cię to, co czego byś nie chciał widzieć" stoją tam na środku słuchając hałaśliwej muzyki (tej, której nie lubisz, wstaw dowolną).
Żeby mieć na żywo na codzień więcej znajomych w interakcji niż 1 (mój chłopak), musiałbym magicznie zacząć preferować spotkania na żywo jako główną drogę socjalizacji ZA KAŻDYM RAZEM, a wiadomo, że tak się nie stanie, zwłaszcza często w więcej osób (przebodźcowują mnie).
Skala działalności jest nieporównywalna. Internet jest jedynym medium, w jakim kiedykolwiek byłem w stanie "mówić do tłumu" w wymiarze dosłownie tłumu i w którym odpowiedzi tego tłumu mogłem w jakikolwiek sposób zrozumieć.
Potencjalnie (i w praktyce) bojkotując internet więc świadomie odcinam się od sporej części osób, które są dla mnie ważne, i rzeczy, jakie sam zainicjowałem społecznie, tylko dlatego, że przeznaczanie czasu na internet mi śmierdzi i udaję że część jego funkcji nie istnieje.
->> W ten sposób problem ten nie ma właściwie rozwiązania innego niż mniejsze lub większe zło.
Zostawienie znajomych w zawieszeniu i dbałość o swój własny układ nerwowy dni powszednich to jedno z rozwiązań, ale nadal jest dość mocno wyborem, który nie satysfakcjonuje do końca, bo wie się, że jeśli zbyt silnie popraktykuje się to olewanie, to nigdzie się już ich nigdy nie spotka. Nigdy. Niemalże jakby to samo, co wcześniej było błogosławieństwem internetu, duchami osób na zawsze razem, w obecnym balansie sił brzmiało jak przekleństwo, rodzaj klątwy która na zawsze przybija do ekranów, gdy żadna aplikacja komunikacyjna nie spełnia już standardów "czucia się w porządku", ale musisz z nich korzystać, bo kiedyś zacząłeś i tylko one są w stanie połączyć cię z ludźmi.
W marzeniach chciałbym móc po prostu zajmować z wszystkimi dotychczasowymi znajomymi z internetu jeden blok, żeby byli blisko, ale żebym mógł czasem przyjść do jednego a czasem do drugiego. W praktyce nie wytrzymuję nawet rozmowy z dwoma zamiast z jednym na raz. Tzn. wykonam, ale odchoruję tak, że naprawdę, naprawdę to nie to samo co wszystkie grupy jakie miałem w internecie, i to nie jest chyba kwestia oswajania się (chyba po tylu latach takiego samego mózgu wolno mi to mówić).
Co słychać u Franka?
Jak na razie w prawdziwym bloku jest mi strasznie trudno, bo wiedzenie z kim chce się być (z moim partnerem) to właściwie jedyne co mogę poczuć jako odhaczone z poczucia życiowej ogarniętości. Właściwie cały ten zwrot akcji mieszkania poza domem rodzinnym sprawił mi sensoryczne okropieństwa beyond comprehension i nadal nikt nie odpowie nam obu, jak mieć porządek albo zjeść obiad jednocześnie nie czując że limit rzeczy na dany dzień został już wyczerpany, ale mamy przynajmniej wspólne special interesty i projekty artystyczne. Feel like so.
Bardzo dużo miłość.
Poczucie niepełnosprawności i osamotnienia w tym na codzień (w dwóch, bo żaden nie jest bardziej sprawny i nadal cała sytuacja nie dosięgnie wykonawczej normy) to zawsze generator odczucia, że albo powinienem rozpętać na ten temat solidną serię postów, albo przestać postować wcale. Serio, mimo całego internetu autystycznych osób, mimo posiadania znajomych też w spektrum, autyzm tak bardzo autyzmowi nierówny, że zawsze mam wrażenie że nam obu trafił się jakiś wymagający większego wsparcia niż to o jakim zazwyczaj się pisze w przypadku osób zdolnych do mówienia same o sobie. Jako 30latek czuję taką przepaść doświadczeń z większością osób w podobnym do naszego wieku, że im jestem starszy tym bardziej mam wrażenie że należałoby cofnąć mnie i mojego chłopaka do jakiegoś rodzaju alternatywnego uniwersum przedszkola dla dorosłych i przestać szukać połączeń z rówieśnikami online, bo chcąc nie chąc ta przepaść się pogłębia z każdym dniem czucia się, że powinno się być w przedszkolu.
Tak więc w momentach, kiedy nie jestem czymś zajęty i nie walczę o przetrwanie, naprawdę jeszcze bardziej potrzebuje... przestać udowadniać że istnieję, po prostu nie zawracać sobie tym głowy, nie pozycjonować siebie. Jest to emocjonalnie i wykonawczo jeden z dość ważnych składników "dlaczego pisanie nie zawsze opłacało się MI".
Zazwyczaj przychodziłem z tego mojego przedszkola i pisałem do ludzi, żeby czytali co myślę. Ale postawcie się w moich butach - czy to jest bardziej dające zabawę, niż samo bycie w przedszkolu? No właśnie. Jakbyś musiał codziennie przedstawiać się innym, w internecie jaki właśnie przestał ci się podobać, jako UFO, i tłumaczyć że nie skorzystasz / nie zrobisz rzeczy tak samo jak oni, ale właściwie cała akcja była by dość niemająca większego znaczenia dla kogokolwiek poza tobą (ale to ty dzwonisz!) i de facto kończąca się tym że sobie idziesz z powrotem się bawić, też by ci się odechciało w którymś momencie, miałem tego typu przemyślenia jeszcze w dawnych czasach. Trzeba mieć trochę czasu na bycie w miejscach, w których jest się zrozumianym i jest to dane jako warunek startowy, a nie ciągle takie przychodzenie i mówienie, że właściwie to wszystko jest skomplikowane i wymaga tłumaczenia przez kilkanaście stron dlaczego coś robię tak, a coś inaczej.
Dużo miłość.
Patrząc na to od tej strony fakt, że po sytuacjach kilkukrotnego zagrożenia życia znalazłem się w relacji z osobą, której zrozumienie o co mi chodzi jest właśnie warunkiem startowym, a nie czymś o co trzeba dopiero walczyć, brzmi jak dość duże przesunięcie punktu ciężkości tego z czego składa się dzień.
Przez to że kontrast zwiększył się po obu stronach (rzeczywistość plasowała się jako bardziej rozumiejąca, a social media zbrzydły), tygodniami - wyszło jak wyszło.
Nawet mimo wszelkich niedogodności wtórnych i problemów obydwu z nas, ta jakość jako bazowa jest czymś co właściwie mówi mi że jeśli będę teraz coś robił w internecie, to dlatego, że "mogę" a nie dlatego że "muszę" (z potrzeby godności, udowodnienia komuś obcemu, że jestem człowiekiem). Wydaje mi się swoją drogą, że nie ma już po co udawadniać w internecie że jest się człowiekiem.
W roku 2024 znalazłem się w szpitalu, miałem obrzęk mózgu a potem jeszcze kilka tygodni z bakteriami zakaźnymi i gorączkami raz po raz. Sytuacja początkowo właściwie nie rokowała tego, że tą sytuację mózgową przeżyję. Jest jednak inaczej i dostałem dodatkowy rozdział życia na ziemi bo tak.
.jpg)
Zanim jednak się skalibrowałem w tym nowym rozdziale, świat sukcesywnie eksplodował. Te wszystkie realne rzeczy jakie się dzieją i jakie zalewają mój feed, wojny, miliarderzy i ich impreza, centra danych, wyzysk i kolejne klasowe i kolonialne podziały tylko tym razem w imię technologii, eskalacja nienawiści i gróźb karalnych w komentarzach podsycana konfliktami zbrojnymi, jakby wtedy już to wszystko było znormalizowane, ogólne cofanie się w rozwoju cywilizacji i zupa z chaotycznego niepokojącego syfu zamiast faktycznych połączeń z ludźmi [wyświetlanie większości postów od osób których nawet nie obserwuję, ale zostały mi podstawione przez algorytm jako ragebait tylko dlatego że dużo osób też emocjonują i generują komentarze] i degeneracja ogólna tego co się dzieje przerosła na tyle ludzkie pojęcie że żeby nadal mieć styczność z czymkolwiek przez co się scrolluje, trzeba mieć jaja ze stali albo być mocno najebanym, a ja nawet nie mam telewizji (a może właśnie to po mnie widać? nie zahartowany). Większość funkcjonująca nadal jak widzę, jest mocno najebana, albo po prostu ma dystans i robi swoje (idzie oglądać tańczące tiktoki i zapomina), ja nie umiem się tam emocjonalnie odciąć po określonych treściach. Brak legalnej możliwości odsiewu tego, czego nie chce się widzieć bo jest pożywką dla OCD i wszystkich schorzeń psychicznych, to jedna z najgorszych opcji aplikacji gdzie jednocześnie ma się wszystko co się lubi / jedyny kontakt ze znajomymi z innych miast i państw.
Kiedy tylko próbujesz być świadomy tego, jak obecnie jest z rzeczywistością, automatycznie dostajesz jeszcze większych lęków, jednocześnie bycie zupełnie nieświadomym też brzmi jak jakiś rodzaj zbrodni niewiedzy. Czasem jednak czuję że potrzebuję wersji internetu family friendly.
Takiego, gdzie można naprawdę obserwować 100 innych osób które mentalnie są 30latkami w przedszkolu i dostać posty TYLKO od tych osób, z wykluczeniem reklam i kontentu dorosły+ przemoc+, nawet jeśli to eskapizm. POTRZEBUJEMY GO! Miejsce tego typu eskapizmu dosłownie ratuje życia, daje sens przetrwania online.
Literalnie kto z własnej woli chce mieć styczność z gównem? Nikt z nas nie jest tu nawet z własnej woli, jesteśmy w internecie, jaki jest teraz, bo wyrośliśmy w internecie, gdzie było nam trochę łatwiej niż w szkole, i zostaliśmy z nostalgii, ale już ani nasz feed nie jest nasz, ani nasza sztuka nie jest nasza, a tkwimy w tych samych apkach, bo są tam inni niezadowoleni z nich ludzie, z którymi czujemy wspólne poglądy raz na jakiś czas.
Czasami naprawdę chciałbym gatekeepować internet w znaczeniu, że żeby tam zaistnieć, trzeba było by wieszać własną stronę, i ktokolwiek kto nie umiałby nic mającego sens publikacji samemu napisać w HTML na klawiaturze albo narysować w paincie, nie miałby co tam powiesić, co automatycznie odsiało by część osób i poszliby gdzie indziej z braku umiejętności posadzenia przez wystarczająco długi czas dupy (przy komputerze, takim co się siedzi na siedząco).
Chciałbym móc pisać w miejscu gdzie wszystko nie gra i nie buczy i nie odświeża się co chwilę pokazując post, którego nie miałem wcale ochoty widzieć, baitując mnie żebym wszedł z nim w interakcję i zapomniał o tym, że wszedłem tu tylko napisać do koleżanki. Konstrukty działania Facebooka i IG są zbrodnią na AuDHD ludziach zdecydowanie i uważam że ta kwestia powinna być w ogóle gdzieś bardziej dyskutowana. Jak zwykle obrywa się najbardziej tym, którzy i tak średnio pamiętają, co się dzieje, jak zwykle nie chodzi nigdzie o to, żeby ktokolwiek był zdrowszy, tylko bardziej chory, bardziej uzależniony i bardziej skołowany.
Time for masowe pogorszenie stanu zdrowia psychicznego ludzi którzy i tak mieli pod górkę. ✨ Za pomocą świata online, który miał być ich safe space.
Tymczasem strony takie zostają ostatnim szerokim broadcastem do całej reszty społeczeństwa która już jest skołowana, i żeby nie pozostać zupełnie anonimowym, powinienem wszelkie rzeczy jakie robię promować gdzieś chociaż, a gdzie indziej, niż na jakimś FB. Nie chce mi się. Wymaga to zasobów, jakich nie mam. Brzmi z jakiegoś powodu, jakbym jako osoba z fobią bakterii miał z wyboru jeździć szambiarką, mimo posiadania wolnej woli i dogodniejszej innej opcji.
Przez dwa lata wybierałem inną opcję. Tournee szambiarką czas zacząć.
Czuję się post apo i jak pajac.