Blog o życiu wewnętrznym

sobota, 29 sierpnia 2026

Wieczny odpoczynek racz mi dać panie

 



a światłość wiekuista niechaj nam świeci.


Żyjemy.




[Wpis z sierpnia 2024]

[Napisany w sierpniu 2024]


Przez ostatnie dwa miesiące [czerwiec - lipiec 2024] w moim życiu wydarzyło się wszystko i jeszcze więcej. Trudno mi to nawet ująć w słowa. Przede wszystkim kilka razy zmierzałem do śmierci, a powikłania są ze mną po dziś dzień. Uczyłem się od nowa chwytać, wstawać, chodzić, widzieć. Nie miałem świadomości. Nie pamiętałem kim jestem i po co. Kiedy ratowano mi kolejną upadającą funkcję ciała, psuto kolejną, którą musiano naprawiać przez kolejne tygodnie, zaburzając pracę kolejnych układów. Czasem wydawało mi się że jest to już spirala bez końca, a leków nie można już było podać żadnym kanałem ciała bez znacznego uszczerbku na zdrowiu. Trudno było oszacować kiedy wyjdę ze szpitala - kiedy udawało mi się z niego wyjść np. na jeden dzień lub trzy (dwa razy miało miejsce właśnie takie wyjście), dostawałem kolejnego powikłania i musiałem natychmiastowo wrócić. Ostatecznie leżałem już na zakaźnym. Zakażenia wewnątrzszpitalne zdawały się mnie wykańczać. Mam więcej chorób, niż osoba w podeszłym wieku. Myślę, że przeżyłem więcej żyć, niż niejedna osoba. I chociaż choruję i szpitaluję regularnie CAŁE ŻYCIE - nigdy jeszcze nie trafił mnie aż tak dramatyczny maraton, z którego zostały mi perspektywy kolejnych operacji i rzeczy, jakie będę leczyć na stałe (a nie były nawet głównymi schorzeniami, z jakimi znalazłem się w szpitalu).


Czuję się świetnie. Dlaczego czuję się świetnie? Bo nie jestem w tym sam. I to jest myśl tak duża, tak wielka w moim życiu, że odkąd tak się czuję, chciałbym o tym mówić w kółko. 

Nie czuję się sam z sobą samym już od kilku lat. Wszystkie te lawiny, zapoczątkowane byciem online od 15 lat, finalnie musiały do tego doprowadzić. "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" - wydaje mi się że ten okres szpitalny był finalnym filtrem, który uzmysłowił mi znaczenie tego powiedzenia. Grupa przyjaciół, jakim najpierw jednym palcem relacjonowałem że żyje, a potem, w okresach zaleczania kolejnych napływających dolegliwości, zaczynałem długotrwałe posiedzenia (potem już do bardzo późnych godzin) i rozmowy na naprawdę rozległe tematy, zdefiniowała mój szpital.

Żyję głównie umysłem. Żeby zrobić mi realną krzywdę, trzeba było by mnie zabić. A to się jeszcze nikomu nie udało, nawet NFZtowi.

Gdyby nie ten wymiar umysłowy - który nie ograniczał się do faktów na temat mojego stanu zdrowia, a całego przekroju wspólnych zainteresowań i rzeczy, jakie mogły zapełnić czas tak by stał się pełnoprawnym dniem - moje zdrowie psychiczne było by katastrofalne, zwłaszcza, że ze względów bezpieczeństwa zostałem całkowicie i bez przygotowania zdjęty z branych przeze mnie leków antydepresyjnych i przeciwpsychotycznych których łączenie z stanem aktualnym mogło zagrażać życiu. Gdyby to był ciężki moment... ciężki moment, tak... to nie wytrzymałbym tego psychiką. Tymczasem mogłem po prostu odnotowywać fizjologiczne objawy jak drgawki i koszmary, nadal wracając z każdym wybudzeniem do bezpiecznej przestrzeni, gdzie zawsze ktoś czekał. 

Gdyby to był ciężki moment... mówiłem wam kiedyś że mam dystans do własnej depresji. Po tylu latach, czasem to moje ciało ma depresję, nie ja. Tak samo, moje ciało ma choroby, nie ja. Moje ciało wymagało mycia na leżąco, sikania na basen, kroplówek całe tygodnie. Ja leciałem daleko, w odległe kosmosy. Żeby zrobić mi realną krzywdę, trzeba było by mnie zabić. A nawet to nie jest ostateczną granicą.


W pewnym okresie całego tego rejsu relacja z jednym z przyjaciół wyeskalowała na nieuzewnętrzniony wcześniej poziom otwartości i bliskości. Myślę że skrajność doświadczeń wyjmuje z ludzi na wierzch rzeczy, jakie były tam od wielu lat, ale nigdy nie zostały postawione pod ścianą. Dobrze jest być odmaskowanym autystą. Dobrze w ogóle być autystą. Dobrze jest być człowiekiem. Dobrze jest być człowiekiem wrażliwym i śmiałym. Dobrze zdążyć.


Obrazek w nagłówku posta oczywiście przedstawiać miał umownie obecny moment. A światłość wiekuista niechaj nam świeci. Nawet wyglądają tak jak trzeba, tylko nie mam już krótkich włosów, odkąd urosły w szpitalu postanowiłem je zapuszczać. Rany niech będą metaforą.


[Oryginalnie obrazek jest autorstwa upthehillart i przedstawia fanowskie wyobrażenie młodych Syriusza i Lupina z Harrego Pottera. Znaczenie kontekstowe i charakterologiczne postaci, nie było moim zamierzeniem - po prostu wydał mi się to obrazek najdosłowniej wyrażający odczucie a także pasujący wizualnie, czego obaj byliśmy pod wrażeniem.]


Były różne metafory szpitalne. W ogóle ten okres jedną wielką metaforą i alegorią dla mnie jedzie. To mój sposób, na radzenie sobie z sytuacjami trudnymi obiektywnie. Znaleźć do tego nawiązanie, potem kolejne nawiązanie, żart z kolejnej medycznej głupoty, piosenkę która pasuje i z niej 10 memów. Oto ja. Kompatybilność zachodzi wtedy kiedy można się w tym wzajemnie nakręcać, dokładając kolejne warstwy, takie już zupełnie nieszpitalne i subiektywne do granic możliwości. Śmiesznie było by przedstawić wam uniwersum nawiązaniowe, jakie się z tego stworzyło, ale doskonale wiem, że w swojej zawiłości i personalności jest jedną z najprywatniejszych rzeczy, a robienie z tego książki publicznej, było by złamaniem granicy.




[Allegory, Allegorier, Allegoriest - piosenka z serialu Rewolucjonistka Utena. Serial ten jest górą lodową psychologicznych i surrealistycznych alegorii, a piosenka jest jedną z finalnych. Wielokrotne i nierzeczywiste znaczenia mnożą się i w fabule, i w wizualnościach, i w ścieżce dźwiękowej - za którą odpowiada J. A. Seazar. Autorem całego anime jest Kunihiko Ikuhara, któremu należy się honorowa nagroda człowieka, co rozumuje. Przez jego zabiegi właśnie ALEGORYCZNE jest to jedna z moich ulubionych rzeczy. A także jeden z wielu tematów, poruszanych w szpitalu krótko po moim odzyskaniu przytomności. Na obrazku ważne geje, to ich piosenka przewodnia.]


Czasem czułem się jak pod Górą Przeznaczenia. Znacie te sceny z Władcy Pierścieni, gdzie Frodo wygląda, jakby miał zwymiotować w każdej chwili? Przenośnie, ale także całkiem dosłownie i fizycznie, to właśnie ja przez większość tych tygodni - cyklicznie co kilka dni, gdy było gorzej. 


" - Pamięta pan smak truskawek? 

- Nie, Samie. Nie pamiętam smaku potraw ani szumu wody, ani dotyku trawy. Jestem nagi w ciemnościach. "


Wydaje mi się że w którymś momencie po prostu niósł mnie na plecach, podczas gdy reszta drużyny nadal była obecna, ale w własnej części fabuły.



To nie jest aż tak dobre porównanie, bo skończyło się trochę tak, jakby pierścień nie został nigdy do końca zniszczony. Przez moje bycie nosicielem do końca życia, trochę tak to brzmi (nie martwcie się, wolno mnie będzie widzieć jak odżyję, nie macie kontaktu z zawartością mojego ciała bezpośrednio, ostatnie czego bym chciał, to ostateczne uprzedzenie do mojej osoby). Rana po Wichrowym Czubie nie zagoi się nigdy. Łatwiej mi pisać w ten sposób, niż wprost.



[Ja i NFZ wciskający mi zakażenie igłą.]


Klątwa. Wydaje mi się że moje problemy fizyczne, wyprzedzają psychiczne o lata świetlne. 


Dlatego zamierzam pisać bloga o czuciu się dobrze. O pięknych rzeczach, jakie odczuwam.




[Ja wyrzucony na brzeg.]


Po powrocie ze szpitala dostałem od cioci dwie rzeczy. Jeża-geja oraz kurtkę "Niezwyciężony i Bezbożny, ze Wszystkich Stron i Wszystkich Stron". To co piszę to oczywiście tłumaczenie automatyczne znaków przez Tłumacz Google, ale wydaje mi się najtrafniejszym podsumowaniem sytuacji, jakie mogło się znaleźć.



Chciałbym być zawsze Niezwyciężony i Bezbożny. W myślach podmieniam tekst tej piosenki na to.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz